środa, 17 grudnia 2014

Kultowy bronzer | The Balm, Bahama Mama


Nigdy nie byłam specjalnia fanką modelowania twarzy, o czym wielokrotnie wspominałam. Bardzo długo nie potrafiłam obsługiwać tego typu kosmetyków, wolałam więc uniknąć makijażowej wpadki, które często widać na ulicach. Z czasem jednak powoli przekonałam się do rozświetlaczy, a później bronzerów. Na blogach i youtube najczęściej przewijał się bronzer The Balm, sądziłam jednak, że nie jest to produkt dla mnie.


Ostatecznie jednak od prawie dwóch miesięcy zostałam jego posiadaczką i jako kompletny laik w tym temacie napiszę o nim kilka słów. To, co przyciąga wzrok to charakterystyczne opakowanie, osobiście bardzo mi się podoba, ale usłyszałam, że wygląda jakby miało czterdzieści lat. Coś w tym jest ;)

W papierowej kasetce zamykanej na magnes znajdziemy lusterko i 7.08g bronzera. O co tak naprawdę tyle szumu? O odcień, piękny, chłodny, bez pomarańczowych tonów, wyjątkowo więc uniwersalny. Do tego jest całkowicie matowy. Co mnie jednak przeraziło, to intensywność, jest dość ciemny, przez  co raczej nie polecałabym go osobom początkującym. Sama bardzo się pilnuję przy jego aplikacji.


Na szczęście produkt świetnie się nakłada i rozciera, bez plam. Efekt można stopniować, choć ja przy mojej bardzo jasnej karnacji staram się nie przesadzać. Gdy zależy mi na mocnym konturowaniu nakładam go Hakuro H14, a granice często rozcieram dużym, puchatym pędzlem.


Sfotografowanie go na twarzy okazało się jednak niezmiernie trudne, pozwólcie więc, że podlinkuję recenzje koleżanek po fachu: Agu, Candy Killer. Miałam go jednak na zdjęciu w ostatniej recenzji Bourjois.
Jedynym minusem jest cena, ponad pięćdziesiąt złotych, jednak produkt pyli w nieznacznym stopniu i jest bardzo wydajny. Pierwsze spotkanie z The Balm oceniam na plus :) Teraz z chęcią przetestowałabym równie znaną Mary-Lou.



niedziela, 14 grudnia 2014

Termoloki na długich włosach | BaByliss PRO, termoloki ceramiczne BAB3021E


Po moich ostatnich testach sprzętu BaByliss PRO, jakim była lokówka stożkowa przyszedł czas na inny sposób stworzenia na głowie pięknych loków. Dziś kilka słów o termolokach tej samej firmy, które mogą okazać się być świetnym prezentem na święta, choć niekoniecznie.


W zestawie znajdziemy:
  • 8 dużych wałków
  • 6 średnich wałków
  • 6 małych wałków
  • 20 klipsów motylkowych
  • 20 igieł metalowych


przy czym sądzę, że klipsy powinny być zdecydowanie lepszej jakości, za słabo trzymają włosy, są bardzo delikatne. 


Każdy ceramiczny wałek pokryty jest aksamitem, a lampka kontrolna w jednym z wałków zmienia kolor na biały około 5 minutach dając znać, że są już dostatecznie nagrzane. 


Termoloki poleciłabym osobom posiadających średniej długości i gęstości włosy, lub posiadających wprawę w nawijaniu wałków. Mi samej ciężko jest odpowiednio naciągnąć pasma od skóry, a jest to niezmiernie ważne, aby uzyskać zwiększoną objętość. Warto również zwrócić uwagę na podatność włosów na skręt, przy moich potrzebuję na prawdę dużego utrwalenia. Dzięki różnym rozmiarom wałków można uzyskać bardzo naturalny efekt, nad którym warto się czasem pomęczyć ;)


Sprzęt pochodzi ze strony hairstore.pl i miałam możliwość wypróbowania go w ramach współpracy. Aktualnie trwa na nie promocja, z 300 na 225 złotych.


wtorek, 9 grudnia 2014

Zgrany duet Bourjois | Podkład korygujący 123 Perfect, korektor healthy mix


Jesień i zima to nienajlepszy czas dla mojej skóry. Z tłustej przeradza się we wrażliwą, miejscami przesuszoną, zwłaszcza na policzkach. Minerałów używam więc zazwyczaj tylko do wykończenia makijażu, rozejrzałam się za produktami nawilżającymi. Marka Bourjois była mi jak dotąd zupełnie obca, tym bardziej ciekawa byłam jak sprawdzi się u mnie gorąco polecany przez inne blogerki korektor Healthy Mix oraz jedną z nowości, podkład korygujący 123 Perfect.


Na podkład skusiłam się ze względu na bardzo dobre recenzje na wizażu. Według producenta dzięki trzem pigmentom ma on niwelować cienie pod oczami (choć tutaj go nie nakładam), nadawać świeżość cerze oraz korygować zaczerwienienia. Krycie określiłabym jako średnie, a sama konsystencja jest bardzo lekka i kremowa. Twarz wygląda bardzo naturalnie, nie ma efektu maski, ani płaskiego matu. Nie podkreśla suchych skórek, za co ogromny plus. Jeśli chodzi o trwałość to określiłabym ją jako standardową, ale w przypadku podkładów nawilżających muszę liczyć się z tym, że nie będą one bardzo długo się utrzymywać, o ile nie zagruntuję go pudrem bambusowym lub minerałem. Z tego względu polecałabym go zwłaszcza posiadaczkom suchych lub normalnych cer. 


W porównaniu jednak do Revlon Colorstay w odcieniu 150 buff, który aktualnie jest jeszcze dla mnie ciut za jasny wypada znacznie mniej żółto, co niekoniecznie mi odpowiada. Wielka szkoda, jednak zawsze można sobie poradzić mieszając go z odrobiną innego podkładu. 


Różnicę najlepiej widać to na swatchu. Od lewej kolejno Bourjois-Revlon-Korektor.


Sam wychwalany korektor Healthy mix również przypadł mi do gustu. Jest lekki, nawilżający, delikatnie rozświetla. Nie wysusza okolic oczu. Z moimi podkrążonymi oczami sobie nie radzi, jeśli jednak nie potrzebujecie ekstremalnego krycia to będziecie zadowolone. Miałam wysokie oczekiwania i jestem miło zaskoczona. Odcień numer 51 o delikatnym, brzoskwiniowym zabarwieniu świetnie się sprawdza. 



niedziela, 7 grudnia 2014

Szczoteczka soniczna Foreo Luna Mini | Opinia po trzech miesiącach użytkowania

Od ponad trzech miesięcy miałam okazję testować jeden z najnowszych, szwedzkich gadżetów dostępnych w drogeriach Douglas- soniczną szczoteczkę Foreo Luna w wersji Mini. Jak dotąd nie miałam styczności z takim sposobem oczyszczania cery, a jako, że cena jest, nie ukrywam, wysoka, nieco się wstrzymywałam z opinią. Na ten moment jednak myślę, że mogę już się podzielić z Wami moimi przemyśleniami.


Szczoteczki są dostępne w różnych wersjach (podstawowa, dla mężczyzn, luksusowa oraz dla mini podróżujących do każdego rodzaju cery) oraz kolorach. Dla siebie wybrałam odcień magenta, choć jest on w przypadku urządzenia akurat najmniej ważny, choć, nie oszukujmy się, kobiety to sroki ;)

Tajemnicą jej działania jest opatentowana, technologia soniczna (fale pulsujące 8000 razy na minutę) i silikonowa, hipoalergiczna powierzchnia, które wspólnie mają za zadnie dogłębne oczyszczenie porów oraz usuwanie martwego naskórka.
Na umycie mamy 60 sekund, przy czym po 15 sekundach wibruje ona na moment nieco mocniej, co oznacza, że teoretycznie powinnyśmy zająć się inną częścią twarzy. Zazwyczaj jednak stosuję ją nieco dłużej, ze względu na komfort jej używania, zwłaszcza w miejscach dla mnie problematycznych. Posiada dwie strony: z mniejszymi wypustkami do delikatniejszego mycia oraz większymi, do cery tłustej i mieszanej. Dodatkowym plusem jest fakt, że nie ma konieczności wymiany końcówek jak w przypadku standardowych szczoteczek.
Stosując ją musimy pamiętać o tym, by absolutnie nie używać jej z kosmetykami opartymi na bazie silikonu, glinki czy też peelingi, jak również unikać styczności z alkoholem i acetonem.



Jest całkowicie wodoodporna, do tego nie ma konieczności ciągłego jej ładowania, godzinne podłączenie do sieci wystarcza na 300 użyć. Urządzenie jest objęte dwuletnią gwarancją producenta i dziesięcioletnią quality- gwarancją, co oznacza, że w przypadku jakichkolwiek wad po dwóch latach stosowania mamy możliwość zakupu nowej o 50% taniej.

Jakie zmiany zaobserwowałam po trzech miesiącach?
Przede wszystkim zdecydowanie lepsze oczyszczenie skóry. Jeśli na jakiś czas odstawiłam Foreo i myłam skórę samym żelem Physiogel, mogłam po krótkim czasie zauważyć większą ilość nieprzyjaciół. Pory są zwężone, a cała cera bardziej gładka, jędrna i jednolita. Dodatkowo, nie ma potrzeby wykonywania aż tak często peelingu, a wszelkie kremy zdecydowanie lepiej się wchłaniają.
Największym minusem jest oczywiście cena wynosząca 500zł. Na ten moment nie mogłabym pozwolić sobie na jej zakup, tym bardziej cieszę się, że miałam okazję ją przetestować.


O Foreo możecie przeczytać również u:

czwartek, 4 grudnia 2014

Trochę inaczej | Garnier Neo, intensywny antperspirant

Jedną z ostatnich nowości Garnier jest innowacyjny antyperspirant w formie suchego kremu. Przyznam szczerze, że byłam wyjątkowo zainteresowana głównie ze względu na formę jego aplikacji. Jak dotąd od kilku lat jestem wierna preparatom w kulce marki Adidas.

Skład: Aqua / Water, Aluminum Chlorohydrate, Dimethicone, Isopropyl Palmitate, Talc, Cera Alba / Beeswax, Arachidyl Alcohol, Parfum / Fragrance, Zinc Gluconate, Arachidyl Glucoside, Hydroxypropyl Starch Phosphate, Phenoxyethanol, Steareth- 100/Peg-136/Hdi Copolymer, Peg-100 Stearate, Behenyl Alcohol, Caprylyl Glycol, Perlite, Tetrasodium Glutamate Diacetate, Glyceryl Stearate.

Jak to ostatnio często bywa, producent zapewnia o długotrwałym działaniu, 80% substancji pielęgnacyjnych oraz braku alkoholu, co mnie akurat cieszy, ze względu na częste podrażnienia po depilacji. Mojego testu jednak niestety nie zdał. O ile na co dzień radzi sobie całkiem nieźle, to podczas większej aktywności fizycznej nie spełnia swojej podstawowej funkcji.


Gdy nałożymy go za dużo trudno się wchłania. Zauważyłam również delikatne białe ślady na ciemnych ubraniach. Nakładanie go na skórę jak i zapach jest przyjemne, wersja Soft cotton okazała się być całkiem interesująca pod tym względem. Cena dość wysoka, bo około szesnaście złotych za 40ml, czyli mniej niż standardowo. Można go dorwać jednak na wszelakich promocjach.

Podsumowując: miało być pięknie, wyszło jak zawsze ;)