Strony

niedziela, 20 lipca 2014

Niedoceniony rokitnik | Planeta Organica, balsam do włosów z miodunką plamistą i olejem z rokitnika

Balsamy do włosów to jedne z najczęściej stosowanych przeze mnie w pielęgnacji. Podbiły me serce pozostawiając je nawilżone, miękkie, lekkie i przede wszystkim, nieobciążone. Od jakiegoś czasu z mojego pudełka z produktami pielęgnacyjnymi wyłonił się kosmetyk nieodkrytej przeze mnie marki Planeta Organica. Jeśli ciekawi Was moja opinia na jego temat, czytajcie dalej!
Rosyjskich kosmetyków miałam okazję używać już wiele, jednak jak dotąd nie interesowałam się zbytnio akurat tymi. Wpłynął na to zapewne brak wpisów na czytanych przeze mnie blogach, jednak  BlondHairCare wspominała o wersji cedrowej, w niebieskim opakowaniu. Już miałam ją kupić, ale ciekawość co do rokitnika zwyciężyła :)
Pierwsze co przykuwa uwagę to opakowanie, które podobno przypomina słodki i orzeźwiający napój. Taki jest również zapach, choć ten niestety nie utrzymuje się po wysuszeniu. Ma dość gęstą konsystencję, bardziej treściwą niż produkty Babuszki Agafii. Według producenta jest to odżywka, według sklepów balsam, choć to w sumie nieistotne.
Początkowo nie zastosowałam się do opisu i zostawiłam go na czas dłuższy niż 1-2 minuty.  Zaprocentowało to niestety brakiem objętości. Przy kolejnych próbach było zdecydowanie lepiej. Świetnie dociąża i wygładza włosy. Dopóki nie kupię pilota do aparatu jest mi ciężko zrobić sobie zdjęcie z większej odległości, ale na moim Instagramie będziecie mogły zobaczyć efekty w większej skali niż prezentowane wcześniej. Pięknie się układają i błyszczą. Nie przyśpiesza przetłuszczania i nie powoduje nieestetycznego przyklapu.
Skład również przyjemny, oleje wysoko w składzie, krótko i na temat.
Posiadaczki niesfornych, suchych włosów będą, jak sądzę, jeszcze bardziej zadowolone. Myślę, że powrócę do niego, zwłaszcza, że cena jest niewygórowana, około 14zł za 360ml.
Aktualnie kuszą mnie wszelkiego rodzaju mydła i szampony, ale dzielnie się trzymam i nie kupuję nic nowego :)

PS. Naszyjnik pochodzi ze sklepu Katherine.pl, gdzie trzeba mieć niestety 100zł. Znajdziecie go jednak jak sądzę również na Ebay!

piątek, 18 lipca 2014

Color Tattoo razy trzy | Codzienny makijaż oczu

Otaczające nas z każdej strony zachwyty na temat kremowo-żelowych cieni Color Tattoo firmy Maybelline nieco ostatnio przycichły. Wydawać by się więc mogło, że wszystko w ich temacie zostało napisane. Pozwólcie jednak, że dorzucę swoje trzy grosze :)
Swoją przygodę z nimi rozpoczęłam stosunkowo całkiem niedawno, a pierwszym, jaki zasilił moją kosmetyczkę był odcień 40- Permanent taupe. Potem apetyt na nowe kolory ciągle rósł. Obecnie posiadam trzy odcienie, w tym równie znany numerek 35- On and on Bronze oraz przedstawiciel amerykańskiej, zeszłorocznej limitowanki, 100- Barely beige.
Na dwa ostatnie namówiła mnie przewspaniała Littlebird92, za co jestem jej teraz niezmiernie wdzięczna.
Wszystkie stanowią moją aktualną bazę codziennego, niewymyślnego zbyt makijażu.
Odcienia o numerze 40 używam do delikatnego wypełniania brwi. To chłodny mix brązu i szarości, który doskonale zgrywa się z moimi ciemnymi włoskami. Kupiłam go w drogerii internetowej w atrakcyjnej cenie około dziesięciu złotych.
Numer 35 to przemyślany zakup podczas promocji w Rossmannie. Obawiałam się nieco ciepłego, miedziano-brązowego koloru, okazało się jednak, że niepotrzebnie. Pięknie podkreśla zielone i niebieskie tęczówki. Najwygodniej aplikuję mi się go palcem, delikatnie wklepując i cieniując.
Numer 100 to szampański, nudziakowy odcień, nie tak bardzo perłowy jak wspominany wyżej. Po mocniejszym roztarciu na powiece zostaje jedynie połyskująca poświata. Przy najbardziej minimalistycznym podkreśleniu oka stanowi on moją bazę, wyrównując odcień skóry i rozświetlając spojrzenie. Ten, dla odmiany możecie dorwać na allegro. Nakładam go płaskim, ściętym pędzelkiem marki La Rosa.
Warto zaznaczyć, że wszystkie różnią się nieco konsystencją. Najbardziej żelowy i miękki okazał się być ten w odcieniu brązu. Pozostałe dwa są nieco bardziej toporne, nie na tyle jednak, aby sprawiać problemy przy aplikacji.
Z trwałości wszystkich jestem niezmiernie zadowolona. Nie tylko u mnie, ale również na nieco bardziej problematycznej powiece trzymają się dzielnie do końca dnia, choć po kilkunastu godzinach intensywnego noszenia mogą nieco blaknąć. Po zastygnięciu ciężko było mi zetrzeć czy nawet zmyć swatche.
Post z dedykacją dla Kwiat lipy, którą to ciekawił mój makijaż z filmiku z MsMelevis.

środa, 16 lipca 2014

Środa z GoCranberry | Intensywnie nawilżające serum przeciwzmarszczkowe na noc

Lepiej zapobiegać niż leczyć, to jeden z kolejnych truizmów w naszym życiu.  Według badań od 25 roku życia spada produkcja kolagenu w skórze, a co za tym idzie pojawiają się pierwsze oznaki starzenia. W pielęgnacji twarzy od jakiegoś czasu stawiam na zapobieganie powstawaniu nowych zmarszczek, co jest wyjątkowo trudne ze względu na typ mojej cery: mieszana w kierunku tłustej.
Od dziś, przez miesiąc, w każdą środę na blogu pojawiać się będą recenzje kosmetyków polskiej marki GoCranberry powstałej w 2011roku. Tak interesujących, że postanowiłam poświęcić im cały cykl.
Do serum podeszłam nieco podejrzliwie. Opinie były jak najbardziej pozytywne, obawiałam się jednak zapychania skóry, co spotkało mnie przy stosowaniu serum z witaminą C dr Irena Eris.
Intensywnie nawilżające serum ma postać lekkiego mleczka zapakowanego w higieniczne opakowanie z pompką. Szybko się wchłania nie pozostawiając tłustej lub lepiej warstwy. Posiada delikatny zapach.
Po dwóch miesiącach regularnego stosowania mogę powiedzieć, że efekty są zauważalne gołym okiem. Skóra jest miękka i wygładzona. Koloryt wyrównany, przebarwienia potrądzikowe również nieco pojaśniały. Twarz wygląda na wypoczętą, jest pełna blasku, co podoba mi się najbardziej. Nie ma konieczności używania rozświetlacza :) Delikatne pierwsze zmarszczki znikają dzięki świetnemu nawilżeniu.
Za około 35 złotych otrzymujemy 30 ml wydajnego kosmetyku, który na prawdę działa. Kosmetyki z Laboratorium Nova kupić możecie m.in w sklepie firmowym.
Na dzień dzisiejszy go zaliczyć do pielęgnacyjnych ostatnich miesięcy.

poniedziałek, 7 lipca 2014

NOTD: Fuksja

Gubię się powoli w nazwach postów z cyklu Dziś na paznokciach, mimo, że przez długi czas nie miałam nawet co pokazać. Paznokcie są nadal w złym stanie i wciąż zastanawiam się nad kuracją Eveline lub olejowaniem, z regularnością jednak jestem jednak na bakier.

Dziś lakier tejże marki w odcieniu intensywnej fuksji (numer 919) Posiada bardzo dobre krycie, które ratowało mnie w sytuacjach kryzysowych, przy wprawnym malowaniu wystarczy jedna warstwa, choć nie jest to bardzo głęboki i nasycony kolor.
Ładny połysk, nie odpryskiwał, o dziwo, jak wszystkie inne. 
Plusem jest szeroki pędzelek, jednak konsystencja jest dość rzadka i może rozlewać się na skórki.
Na zdjęciu dwie cienkie warstwy plus Essie good to go.